wtorek, 4 grudnia 2018

Niektóre praktyczne przyczyny zmniejszonej etyczności w świecie finansów



Po pierwsze - operacje finansowe, ze swej natury, powinny przynosić zysk w jak najkrótszym terminie, co powoduje, że wzmaga się siła racjonalności technokratycznej. Podmioty działające w świecie finansowym koncentrując się wyłącznie na dopasowaniu najbardziej efektywnego środka dla realizacji tego celu, nie znajdują czasu na refleksję etyczną, a tym bardziej na jej praktyczne wdrażanie. Jak dowiedziono, krótka perspektywa działania nie sprzyja etycznemu postępowaniu, a nawet go całkowicie uniemożliwia przy założeniu zbyt krótkiego terminu.
Po drugie – działania w świecie finansowym ze względu na ideę powiernictwa, wysokie ryzyko oraz złożoność wynikającą z komplikacji samych operacji, obwarowane zostały ogromną ilością procedur, wedle których podmiot podejmujący działanie powinien postępować. „Racjonalność instrumentalna w procesie wyboru określonych strategii wydajnego działania przyjmuje formę racjonalności proceduralnej, wtedy mianowicie, gdy sprowadza się do podporządkowania się standardowym normom proceduralnym”[1]. Jednakże powstały system procedur zwalnia pracownika podejmującego decyzję z krytycznego myślenia i konieczności oceniania, a także zwolna go z odpowiedzialności za negatywne konsekwencje tej decyzji. Im więcej szczegółowych procedur tym mniej człowieka, a im mniej człowieka tym mniej możliwości etycznej refleksji i decyzji, co do słuszności postępowania. A zatem procedury wprowadzone po to, aby eliminować indywidualną nieuczciwość pracownika oraz nadmiar ryzykownego subiektywizmu jednostki przy podejmowaniu decyzji - obok pozytywnego działania - paradoksalnie doprowadziły także do całkowitego zwolnienia działającego pracownika z odpowiedzialności. To nie człowiek jest winien, ale ułomna procedura. Zgodnie z ideą posługiwania się procedurą przy podejmowaniu działania nie ma miejsca na zastanawianie się, ale na: zidentyfikowanie sytuacji, wybór adekwatnej procedury oraz wykonanie zadania. Zadanie ma być wykonane przecież zgodnie z obowiązującą procedurą. W tej sytuacji pracownik przestaje być podmiotem moralnym, jakim jest jako człowiek. Na czas realizowania procedury staje się jedynie wykonawcą, środkiem do zrealizowania procedury, żeby nie powiedzieć narzędziem lub maszyną – żywą maszyną. Nikt nie ocenia działania maszyny w aspekcie etycznym. „Przez swoją racjonalizację nowoczesność depersonalizuje”[2]. Właśnie ten stopień odpersonalizowania, odpodmiotowienia pracowników sfery finansowej, którego jednym z najistotniejszych źródeł jest właśnie stworzenie systemu procedur, jest jedną z przyczyn tak dużej obojętności przedstawicieli świata finansów wobec wartości etycznych i ich niezdolności do zinternalizowania tych wartości.
Niektórzy zwolennicy proceduralnego zagwarantowania poziomu usług finansowych - nie bacząc na zaprezentowaną powyżej argumentację - sądzą, iż słabość podejścia proceduralnego dotyczy jedynie złych  procedur i że można ją wyeliminować przez uszczelnianie obowiązujących procedur lub stworzenie nowych, lepszych. Zapominają jednak, że uszczelnianie procedur rozumiane jako akcja rodzi swoją reakcję, podobnie jak coraz lepsze zabezpieczenie w systemach komputerowych rodzi u hakerów skłonność do jego złamania. Ponadto doszczelnianie procedur powoduje ich coraz większą złożoność, a kontrolowanie ich właściwej realizacji, przy tak dużej specjalizacji, nie tylko, że kosztuje, ale wymaga także coraz bardziej specjalistycznej kontroli. Coraz bardziej specjalistyczna procedura wymaga zatem coraz bardziej specjalistycznej kontroli, a wzmacnianie tej specjalizacji przyczynia się do alienacji działań finansowych. To, co obecnie dzieje się w świecie finansowym przekracza zrozumienie nie tylko przeciętnego obywatela, ale także wykształconego ekonomisty, o ile  nie jest specjalistą od finansów. Świat finansów zaczyna się rządzić takimi prawami czy regułami, które przestają być zrozumiałe dla kogokolwiek spoza tego świata. Hermetyczność tego świata nie sprzyja jego  uetycznieniu, a coraz bardziej uszczelniane procedury zamykają świat finansowy w wieży z kości słoniowej.
Alienacji podlegają także instytucje finansowe. Jak zauważał już Platon każda instytucja umiera w końcu od nadmiaru własnej zasady. W przypadku instytucji świata finansowego owym nadmiarem własnej zasady może być przerost racjonalności proceduralnej.
Po trzecie, świat finansów wymaga obecnie coraz wyższych kwalifikacji od zatrudnionych w jego obszarze przedstawicieli. Wysokie kwalifikacje, ze względu na wspomnianą racjonalność technokratyczną, stają się czynnikiem eliminującym podmioty o dużej dozie emocjonalności. Wielu finansistom zarzuca się specyficzne spłaszczenie emocjonalne. W szczytowych punktach transakcji  nie mogą się oni kierować żadnymi innymi względami jak jedynie ekonomicznymi. „Egzystencja tego rodzaju może liczyć na sukces, a nawet jest w ogóle możliwa, tylko w wypadku ponadprzeciętnej inteligencji, występującej w formie określanej jako <spryt>. Pod tym określeniem rozumie się oderwanie mądrości od powiązania z normami rzeczy i idei i jej bezwarunkowe posłuszeństwo interesom personalnym”[3]. Nietzsche charakteryzuje ten rys osobowości: kupiecką zimną mądrością, która z absolutną pogardą reaguje na rzeczy godne poważania[4]. Wysoki poziom profesjonalizmu potrzebny do uprawiania zawodu finansisty staje się swoistego rodzaju czynnikiem „doboru naturalnego” do tego zawodu ludzi o wysokich umiejętnościach logicznego myślenia. Te umiejętności prowadzą z kolei do czysto intelektualnego traktowania ludzi i rzeczy. Zaś takie traktowanie  przybiera nierzadko postać okrucieństwa. Nie jest ono cechą natury finansisty, ale czysto logiczną konsekwencją zadań jakie przed nim stoją oraz zasad obowiązujących w świecie, w którym pracuje. Do wykonywanie zawodu finansisty predystynowani są przede wszystkim ci, którym w kategoriach arystotelesowskich bardziej chodzi o to, by żyć niż by żyć pięknie, zaś w kategoriach simmelowskich którym brakuje stałej idealnej linii między osobą a treścią życia. Predysponowani są ludzie „pozbawieni korzeni” lub dający się w łatwo wykorzenić. Można powiedzieć, iż najlepszymi do tego zawodu są ci, którzy na pewien sposób są nieokreśleni moralnie. „Nieokreśloność – jak sądzi Chantal Delsol opisując człowieka nowoczesnego - jest wolą błąkania się, niewybierania, a raczej wybierania możliwości przeciwko rzeczywistości, prawdopodobieństwa przeciwko prawdzie, dobrobytu przeciwko dobru, chwili przeciwko czasowi”[5]. Dlatego całkiem zrozumiałe dla wielu postronnych obserwatorów wydaje się związane z niezakorzenionymi „podejrzenie niesolidności”[6]. Do typowych cech finansistów, będących po części wytworem uprawianego zawodu, należy także ruchliwość i zmienność, które w relacjach międzyludzkich stają się przyczyną zaliczenia tych osób do kategorii osób „niepewnych”.
Po czwarte, racjonalistyczna wizja świata (w kontekście racjonalizmu technokratycznego), wysoki profesjonalizm przedstawicieli świata finansów prowadzący do rozwoju myślenia logicznego oraz ich intelektualne, pozbawione emocji traktowanie drugiego człowieka, stają się przyśpieszoną szkołą egoizmu i demonstrowania indywidualizmu, znacznie silniejszego niż ten zakładany przez ekonomię oraz ten społecznie akceptowany. Efektem tej wyjątkowej – szczególnie z perspektywy społecznej - edukacji jest przekonanie przedstawicieli świata finansów o ich absolutnym prawie do realizacji własnego interesu, zarówno interesu reprezentowanej przez nich instytucji jak i interesu indywidualnego. Stąd już niedaleka droga do rozszerzającej się systematycznie skłonności do zapanowywania nad resztą świata. W dzisiejszej gospodarce pieniężnej jakby zapomniano, iż u swych początków działalność finansowa związana była z opcją preferencyjną na rzecz ubogich. Brało się to z znacznie bardziej wspólnotowego widzenia społeczeństwa. Zarówno myśl chrześcijańska jak i żydowska oparte były na idei wspólnoty.    
Niech nikogo nie zmyli znana skłonność finansistów do filantropii. W perspektywie wybujałego indywidualizmu i egoizmu zdaje się ona spełniać funkcję  przysłowiowego listka figowego.


[1] H. Juros, Niepodzielna racjonalność....., wyd. cyt., s.188.
[2] Ch. Delsol, Esej o człowieku późnej nowoczesności, tłum. M. Kowalska, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2003, s.60.
[3] G. Simmel, Filozofia pieniądza, wyd. cyt., s.407
[4] Zob. F. Nietzsche, Pisma pozostałe, tłum. B. Baran, Kraków 1993, s.43.
[5] Ch. Delsol, Esej o człowieku późnej nowoczesności, wyd. cyt., s.73
[6] G.Simmel, s.407. Autor filozofii pieniądza zwraca uwagę, iż w Indiach nazwa pośrednika handlowego określa zarazem kogoś, who lives by cheating his fellow-creatures ( kto żyje z oszukiwania swych ziomków).

poniedziałek, 12 listopada 2018

Związanie doktryny czarów z szatanem


Należy zaznaczyć, że na początku wszystkie wierzenia dotyczące stosunków czarownic z diabłem były rozpowszechnione wśród klas wykształconych i rządzących, nie były zaś znane pospolitemu ludowi. Do chłopów docierał jedynie ograniczony zakres informacji na temat czynności satanistycznych, podawanych do publicznej wiadomości w czasie kazań kościelnych, podczas odczytywania aktów oskarżenia w czasie egzekucji, oraz podczas celowo przeprowadzanych przez władze akcji. Mamy tutaj do czynienia z procesem akulturacji, mającym na celu określenie pewnej mentalności i sytuującym się na płaszczyźnie wierzeń i postaw. Klasy dominujące na scenie religijnej i politycznej narzuciły nową koncepcję społeczeństwa i jego hierarchii, poprzez potępianie pewnych aspektów kultury ludowej oraz zastępowanie ich nowymi, zaczerpniętymi z doktryny chrześcijańskiej, wzorami.
Omawiając zbiorczą koncepcję czarów, która formowała się w jesieni średniowiecza, nieodzownym jest choćby skrótowe omówienie figury diabła, który był dla tej doktryny fundamentem. U progu czasów nowożytnych szatan przenikał wszelkie formy życia i stosunków międzyludzkich, jednak jego pewna w tym czasie pozycja, była wynikiem ewolucji poglądów Doktorów Kościoła, a nie jego biblijnego wizerunku. Na kartach Starego Testamentu szatan nie zarysowywał się w sposób wyraźny, jedynie w jednej z dalszych ksiąg - w Kronice - diabeł przybrał odrębną osobowość i sam przedstawił się jako wróg Boga i ucieleśnienie zła. Z podobnymi oporami rozwijała się figura piekła. W Nowym Testamencie szatan jest bardziej wyrazisty, czego dowodzi z jednej strony wystawianie Chrystusa na próbę podczas pobytu na pustyni, z drugiej strony staje się on potężnym wrogiem samego chrześcijaństwa, potrafi bowiem odsunąć ludzi od Chrystusa i poprzez pokusy zmusza do odrzucenia jego nauki.
Szatan określany był często imieniem Lucyfera, które to imię Ojcowie Kościoła przypisywali zbuntowanemu archaniołowi strąconemu przez Boga z niebios do piekła. Imię to jest łacińskim określeniem gwiazdy zarannej. Nie występuje w Biblii, lecz przez teologów łączone było z gwiazdą, która pragnąc być podobną do Najwyższego została strącona z niebios. Według chrześcijan średniowiecznych istniała wielka liczba demonów, które asystowały diabłu w dziele zła, pokusy i destrukcji. Nowy Testament wskazuje, że demonów tych był legion, jednak dokładnej liczby nie podaje. W ocenach spierających się w tej kwestii teologów liczba ta dochodziła do 26 bilionów.
Pojawienie się szatana w kulturze narodów nawróconych było ściśle związane bądź z kultem dotychczasowych pogańskich bogów, którzy w oficjalnej nauce Kościoła uzyskiwali rangę demonów, bądź samego diabła.
Kontrowersje doktryny średniowiecznej budził problem jego metafizycznej natury i mocy. Od XII w. pojawiła się grupa teologów, która ustaliła wiążący w okresie polowania na czarownice pogląd, że demony, podobnie jak anioły, są istotami czysto duchowymi, nie posiadającymi ciała i krwi. Mogą jednak przybierać postać ludzką lub zwierzęcą, poprzez mieszanie powietrza z oparami ziemi, aby stworzyć niematerialne, powietrzne ciało. Stworzone ciało posiadało realność fizyczną i mogło spełniać funkcje, takie jak taniec czy akt seksualny. Według niektórych teoretyków diabeł mógł rozmnażać się dzięki zapożyczonemu od mężczyzny nasieniu. Ciało stworzone z mocy diabelskich odznaczało się chłodem podczas kontaktów seksualnych. Diabeł lub jego zausznicy mogli również rzeczywiście opętać człowieka i zamieszkać w jego ciele. Jednym z najważniejszych przejawów mocy szatana, była moc tworzenia złudzeń. Teologowie podkreślali, że wiele z cudownych wrażeń było iluzjami wywołanymi przez diabła.
Podsumowując, diabeł nie ma nieograniczonej władzy nad światem fizycznym, nie potrafi zmieniać istoty rzeczy, ani dokonywać cudów. Nie może również kreować nowego życia w żadnej postaci, może jedynie działać w świecie rzeczywistym, który jest stworzony przez Boga. Wszystko co czyni diabeł, dzieje się za wyraźnym zezwoleniem Istoty Najwyższej. Najważniejszym ograniczeniem mocy diabelskiej jest fakt, iż nie może on kontrolować woli. Może zsyłać pokusy, oszukiwać i zwodzić, lecz nie może zmusić nikogo do wyrzeczenia się wiary chrześcijańskiej, czy posiąść duszy. Stanowisko teologów było zgodne w tej kwestii z kanoniczną doktryną wolnej woli.
Lucyfer wkroczył na scenę religii i kultury w XI i XII wieku, kiedy to nastąpiła „diabelska eksplozja” w sztukach plastycznych, którym Kościół nadawał funkcje dydaktyczne. Wtedy to został stworzony do dzisiaj istniejący wizerunek diabła: chuć diabelską zaczerpnięto od Priapa i Dionizosa, trójząb Neptuna zamieniono w widły, a koźle rogi i kopyta zapożyczono od bożka Pana. Nasilenie się działalności diabelskiej spowodowało zajęcie stanowiska przez Kościół podczas IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku. Doktryna przyjęła, że szatan i inne demony istnieją i choć zostały stworzone jako dobre, złymi stały się z własnego wyboru. Kościół nie wypowiadał się w kwestii istoty diabła i jego pomocników. Sobór wprowadzał też obowiązek spowiedzi nie tylko z grzechów ciężkich, lecz ze wszystkich i nie jak dotychczas publicznie, ale w zaciszu konfesjonału. Dialog pomiędzy kapłanem a penitentem dawał szerokie pole do zdemaskowania pokus i mocy szatańskich oraz ich zwalczania.
Od tego momentu diabeł był wszechobecny w życiu i kulturze chrześcijańskiej. Dopatrywano się go we wszystkich niemal schorzeniach i nadchodzących klęskach żywiołowych; był kusicielem oraz niszczycielem dzieł ludzkich. Obraz szatana umacniał się i odtąd wiara nabierała mocy dogmatycznej. Od tego czasu nie był już tylko figurą retoryczną, lecz bytem realnym i jako taki wchodził do praktyki kaznodziejskiej.
Figura diabła, która na stałe zagościła w kulturze europejskiej oraz polskiej podlegała rzecz jasna dalszej ewolucji. Diabeł wczesnośredniowieczny nie był tak „ruchliwy” i wszech­obecny. Nie był też złośliwy i perfidny jak to było w dalszych stuleciach. Stał po stronie sprawiedliwości jako ten, który upominał się o grzeszne sumienia i rogate dusze wciągał do piekła. Dalsza ewolucje postaci diabelskiej powoduje upowszechnienie się literatury popularnej traktującej o szatańskich działaniach na ziemi. W dalszych stuleciach Lucyfer wypełnił wyobraźnię wszystkich klas. Był wszechobecny, złośliwy, skory do oszustw, kłamstw a jego celem było dobycie jak najszerszego grona wyznawców. Czynił to przez opętanie, bądź kusząc niespełnionymi nigdy obietnicami skłaniał do podpisania cyrografu.
Na ziemiach polskich doszło z czasem do wytworzenia się swoistego społeczeństwa diabelskiego, które było odbiciem społeczności żyjącej na ziemi. Wyróżniano diabły szlacheckie, które można było poznać po kontuszach, szabelkach i pasach oraz przede wszystkim po wysokim miejscu zajmowanym w hierarchii sabatu. Pojawiały się też diabliki pośledniejszego gatunku, które miały za zadanie usługiwać diabłom szlacheckim oraz zwodzić na manowce ludzi równych im stanem. Obok diabłów rdzennie polskich wytworzyła się także figura diabła jako obcego. Szatan w takich przypadkach jawił się jako Niemiec, bądź Francuz. Niemieckiego szatana można było poznać po czerwonym, za krótkim fraku. W takiej postaci przeszedł do polskiej klasyki literatury na przykład w Pani Twardowskiej. Było to zjawisko ogólnospołeczne. Izolacja i obawa przed obcością nakazywała obcego traktować jako złego w przeciwieństwie do „swoich” którzy byli dobrzy.

środa, 17 października 2018

Magia katolicka

praca magisterska


Zmiany stricte polityczne często łączyły się z przyjmowaniem nowych bogów danego związku politycznego. Przyjmujemy zatem, iż potężniejszy od nas sojusznik ma i potężnie­jszą magię. Ślady potwierdzające walkę polityczną, a przez to także magiczną, odnajdujemy już w Starym Testamencie, gdy kapłani Jahwe wyzwali na publiczny pojedynek kapłanów Baala.
Działania magiczne śledzimy także w poczynaniach apostołów oraz w żywotach świętych, w przypadku których do dzisiaj dokonywanie nadnaturalnych aktów - cudów jest sprawdzianem ich świętości. Kościół średniowieczny od XII wieku ustalił standardowy wzór życia świętego, któremu po śmierci przypisywano nadnaturalne osiągnięcia, takie jak: przewidywanie przyszłości - czyli profecję, leczenie chorych, ochronę przed wodą i ogniem czy w końcu kontrolowanie pogody, do dziś przecież przytaczane w procesach beatyfikacyjnych.
Kościół jako instytucja w przededniu Reformacji nie uzurpował sobie mocy czynienia cudów, jednak skrzętnie korzystał z prestiżu dostarczanego przez tych jego członków, którzy otrzymali od Boga moce cudotwórcze. Samo wstawiennictwo świętego uproszonego gorliwymi modlitwami lub datkiem na jego sanktuarium, powodowało cudowne wyzdrowienia, wskrzeszanie zmarłych czy odwrócenie niebezpieczeństw.
Podobną moc miały także same tylko obrazy świętych. Rozprzestrzeniał się bowiem kult obrazów, jako działających cuda fetyszy, nie tylko chroniących swych wyznawców ale także zsyłających zarazę na ich wrogów. Kluczowym dla religijności był i nadal jest kult maryjny, którego charakter trafnie przedstawiała sarmacka maksyma: De Maria numąuam satis. W zasadzie każdy kościół miał swojego świętego patrona, którego lokalny kult można było porównać z totemizmem. Również każdy niemal zawód posiadał swojego świętego opiekuna, który był korporacyjnie wyznawany i którego dzień święty miał dla danego cechu zawodowe skutki.
Wiara w moc świętych nie opierała się tylko na dokonanych w przeszłości cudach, lecz także na założeniu, że swoją mocą mogą jeszcze dziś wpłynąć na losy swoich wiernych na ziemi. Każda plaga, zaraza czy niebezpieczeństwo miały swojego wstawiennika i orę­downika, do którego zwracali się wyznawcy w potrzebie. Każdy święty miał swoją „specjalizację”. Cuda dokonywane przez owych patronów były wykorzystywane nie tylko w celu uzdrawiania ludzi, ale także zwierząt.
Kościół wytwarzał w średniowieczu również wiele magicznych artefaktów. Woda święcona stosowana była nie tylko w celu wypędzania z ciała duchów i złych mocy, ale także w celu błogosławienia ludzi, zwierząt, domów czy pokarmów lub jako remedium na każdą chorobę. Księgi liturgiczne zawierały modlitwy na określone okazje, na przykład przed długą podróżą albo przed bitwą. Teologowie twierdzili, że nie ma nic złego w noszeniu na szyi zwitka papieru z narysowanym krzyżem lub napisaną na nim modlitwą. W zależności od zapisanej modlitwy zmieniały się właściwości ochronne amuletu. Na przykład mógł on chronić od choroby, głodu, ognia lub szatańskich zakusów. Właściwości ochronne miały też pobłogosławione w odpowiedniej intencji różańce. W podobny sposób działały relikwie, które w zależności od rangi i zasług świętego miały zmienny wachlarz zastosowań i możli­wości.
W Polsce od czasów średniowiecznych apotropaionem przeciwko demonom był szkaplerz związany z zakonem żebraczym Karmelitów Trzewiczkowych. Posiadacze takowych mieli zostać wybawieni z czyśćca w pierwszą sobotę po śmierci. Podobną moc miał także medalik św. Benedykta, który wieszano po domach lub noszono na piersiach.
Działaniem odstraszającym demony cieszyły się także plecionki ozdobne w budynkach sakralnych oraz ozdobione diabelskimi maskami kamienie, umieszczane na kolumnach lub zewnętrznych ścianach budowli. Zakusy szatańskie odpędzać miały także gromnice, niewielkie dzwoneczki loretańskie, przywożone z włoskiej miejscowości kultu maryjnego oraz kołatki. Skutecznym artefaktem była też karawaka, czyli krzyż o dwóch ramionach, słynącym jako środek zapobiegawczy przed morem i czartem. Przed niepożądaną ingerencją diabła chroniły także nakreślone kredą krzyże oraz inicjały imion Trzech Króli, co do dziś jest w Kościele Katolickim praktykowanym zwyczajem. W ludowej tradycji obok przedmiotów sakralnych istniała cała gama tzw. „diabelskich prezerwatyw”, czyli amuletów o magicznej mocy.
Moc ochrony przed złem zyskały także gesty: na przykład znak krzyża czy błogosławieństwa. Jednak dopiero w połączeniu z sakramentami, wiara w nadnaturalne zjawiska wzrastała. Chrześcijański sakrament ołtarza przeszedł w historii Kościoła przez proces teologicznej reinterpretacji. W średniowieczu nacisk przechodził z komunii wiernych na specjalną rolę konsekruj ącego kapłana. Uwagę średniowiecznych wiernych przykuwało nie uczestnictwo w kongregacji, lecz moc księdza zmieniającego wino w krew i chleb w ciało.
Inną kwestią był fakt, że większość uczestników mszy nie znało zawiłości teologicznych doktryny, przez co wierzono, że rytualne słowa o magicznym charakterze, mogły zmienić charakter rzeczy materialnej, czyli na przykład wino w krew, co zresztą sporadycznie i faktycznie się zdarzało w rozpuszczanych wśród wiernych anegdotach i pismach.
Świadczy to o zaangażowaniu kleru w rozprzestrzenianie tych nadnaturalnych praktyk. Kolejnym potwierdzającym to przykładem były polecenia przełożonych kościelnych, aby skrzętnie zbierać nawet te odrobiny hostii, które upadły na podłogę, by nie dostały się w niepowołane ręce. Należało też tak zabezpieczać wino i chleb używane podczas sakramentu aby ich nikt nie wykradł. Hostia cieszyła się nadnaturalnymi właściwościami i mogła być użyta w całym spektrum zaklęć: od uzdrawiania, przez ugaszenie ognia i nawożenie pól, aż do czarów miłosnych. Mogła być także wykorzystana przez uprawiaj ących czarną, szkodliwą magię czarnoksiężników. Dlatego też księża byli zobowiązani wkładać hostię do ust tak, by mieć pewność, że nie zostanie wykorzystana magicznie.
Także sakramenty wytworzyły grupę zabobonnych wierzeń, których Ojcowie Kościoła nigdy nie wprowadzili. Wierzono, że chrzest powodował często ozdrowienie chorowitych noworodków. Próbowano nawet chrzcić domowy inwentarz, w nadziei na wykorzystanie magicznej mocy tego sakramentu. Podobnie było z komunią świętą, która miała wzmacniać dzieci przed atakami Złego oraz przynosić szczęście, jeśli tylko przez odpowiednio długi czas nosiło się komunijne szaty.
Swoiście magiczną otoczkę posiadał sakrament małżeństwa, który nie dochodził do skutku przy niezachowaniu pewnych określonych reguł, prawem kanonicznym, ale i zwycza­jem uświęconych, dotyczących czasu, miejsca, sukni panny młodej, itd. Powszechnie wierzono, że noszenie obrączki małżeńskiej, miało moc zażegnywania sporów i kłótni.
Funkcj ę magiczną miały także modlitwy, które w wielości swych form zawsze odwoływały się do Boga z prośbą o wstawiennictwo zarówno w sprawach zbawienia jak i życia wiecznego, a także bardziej przyziemnych kwestiach. W okresach plag, epidemii czy słabych zbiorów organizowane były uroczyste procesje, mające zjednać Boga i uprosić go o okazanie łaski. Liczne ich opisy są dostępne również w źródłach z czasów nowożytnych.
Modlitwy kapłanów tym różniły się od zaklęć czarowników, że zaklęcia i uroki miały działać automatycznie, podczas gdy modlący się nigdy nie mieli pewności, czy ich prośby zostaną wysłuchane. Z drugiej strony czarownik rzucający czar, zawsze narażony był na ryzyko niepowodzenia; z tym, że przyczyną klęski mógł być element nie spełniający odpowiednich standardów lub kontraczar innego zaklinacza. Modlitwa była rodzajem prośby, natomiast czary to „wyuczone narzędzia manipulacji siłami natury”.
W praktyce jednak granica ta była zamazana w popularnej ocenie. Spowiednicy często nakazywał odmawiać po kilkanaście razy Pater Noster, Ave czy Credo zapewniając o zba­wiennym wpływie tychże recytacji. Życie wieczne można było osiągnąć przez wielokrotne zamawianie mszy św., przy założeniu, że im więcej modlitw, tym większy i pewniejszy jest sukces. Zbawienie leżało więc w zasięgu ręki i w granicach możliwości. Towarzyszyło temu przekonanie, że ofiarami i modlitwami, a nie realnymi czynami można dokonać zmian w ota­czającym świecie.
Religia katolicka poprzez tolerowanie licznych na wpół chrześcijańskich czarów dodawanych do oficjalnych sakramentów i modlitw, sama w pewnym sensie utrwalała postawę sprzyjającą czarownictwu. Nie czyniąc ostrej dystynkcji, podtrzymywała wiarę w zaklęcia i ich moc. Modlitwy chrześcijańskie można było wykorzystać w celach czarowniczych mówiąc je - na przykład - wspak.
Innym sposobem wykorzystywania mocy Boga do celów ziemskich, były uroczyste przysięgi, które składał człowiek w ciężkich terminach lub przed sądem. W zamian za wyratowanie z tych opresji, stipulator zobowiązywał się dokonać pewnych działań na rzecz drugiej strony. Człowiek był związany z Bogiem węzłem wzajemnych, przyszłych korzyści.
Dalszym przykładem nadnaturalnych mocy będących do dyspozycji kościoła, były sankcje religijne, zapewniane w celu usprawnienia działania wymiaru sprawiedliwości. Przysięgi składane przez podsądnych na Biblię, krzyż czy relikwie miały zapewnić wsparcie istoty najwyższej, przy wykonywaniu złożonych zobowiązań czy zeznań. W razie krzywoprzysięstwa, składający narażony był na natychmiastową zemstę Boga - jak rażenie gromem - lub na bardziej w czasie odległą - ogień piekielny. Podobny mechanizm działał w przypadku innych ordaliów. Zarówno przy próbach, jak i przy pojedynkach wzywany był tam Bóg, by swoją pomocą wspomógł sprawiedliwego w jego działaniach sądowych, a pogrążył krzywoprzysięzcę, niegodziwca. Dowody na wiarę w możliwość magicznego wpływania na wynik postępowania sądowego, spotykamy w Polsce już w Księdze elbląskiej z XIII wieku, która nakazywała pokropienie rozgrzanego metalu, przed dokonaniem „próby żelaza”. Romuald Hube opisuje także zwyczaj przechowywania przedmiotów służących do przeprowadzania sądów bożych w świątyniach, pod nadzorem duchowieństwa. Roli ordaliów w postępowaniu inkwizycyjnym poświęcę więcej miejsca w następnych rozdziałach.
Wszystkie te argumenty nie oznaczają jednak, że Kościół świadomie wprowadzał dla wiernych cały system magicznych rozwiązań, dzięki którym można było radzić sobie z ziemskimi problemami. Większość z nich dane nam było poznać dzięki usiłowaniom kleru, który z mniejszą lub większą gorliwością starał się niektóre z nich obalić.
Są jednak argumenty przemawiające za tym, że Kościół był instytucją tak magiczną jak i religijną. Przede wszystkim chodziło tu o praktykę nawracania, w której misjonarze kładli nacisk na wyższą skuteczność mocy Boga chrześcijańskiego nad lokalnymi bóstwami. Kolejną kwestią była asymilacja religii tubylczych w jak największym stopniu, by w ten sposób możliwie ułatwić i zwiększyć tempo akcji chrystianizacyjnych. Już Grzegorz VII nakazywał stawiać kościoły, w miejscach gdzie do niedawna stały świątynie pogańskie lub po prostu konsekrować te ostatnie. To samo tyczyło się innych miejsc kultu pogańskiego, takich jak: święte źródła czy gaje. Nie było też przypadkiem, że terminy większości katolickich świąt pokrywają się z datami świąt celebrowanych na tych ziemiach przed przyjęciem chrześcijaństwa.
Ten proces asymilacji nie został osiągnięty bez żadnych kosztów, bowiem Kościół wstępuj ąc niejako w rolę dawnej religii, obarczony został ciężarem oczekiwań, których spełnienia społeczności dotychczas oczekiwały od swych bogów. W ten sposób Kościół zaczął leczyć i uzdrawiać chorych, zapewniać dobry urodzaj, chronić przed plagami, ogniami czy złymi mocami. Profity wynikające z tych praktyk były zbyt znaczące, by Kościół mógł je zignorować. Społeczności potrzebowały magii, więc i tak doszłoby do jej wytworzenia, lepiej więc że stało się to pod bokiem Kościoła, który miał na to jakikolwiek wpływ.
Innym czynnikiem wpływającym na obecność magii w Kościele było samo stanowisko doktryny. Podczas gdy z jednej strony teologowie kreślili zdecydowanie linię między religią i magią, to kategoria przesądów i zabobonów zawsze miała w sobie znaczny margines elastyczności. Ogólną zasadę można przedstawić w ten sposób, że przesądy zyskujące aprobatę instytucji czy to na szczeblu biskupim czy papieskim, nie były magią. Te natomiast, które takiej aprobaty nie uzyskały, były przez Kościół zwalczane. Katoliccy teologowie zawsze podkreślali, że to obecność lub brak aprobaty Kościoła determinuje właściwość każdego czynu.
Dystynkcja miedzy ludźmi obdarzonymi przez Boga, a czarownikami, leżała rzadziej w dokonywanych przez nich nadnaturalnych czynach, ale częściej w ich pozycji społecznej i władzy, która daną skargę wnosiła. Można tu przytoczyć słowa Reginalda Scota, który o papieżu napisał, iż ten: „Kanonizuje bogatych na świętych, a potępia biednych jako czarowników ”.
Naczelnicy Kościoła wspierali magiczną stronę religii zapewniając o skuteczności środków chrześcijańskich, takich jak woda święcona, egzorcyzmy czy znak krzyża w zwalczaniu sił szatańskich. Nie tłumili przesądów, gdyż mogło to zapewnić większe poparcie ludności dla całej instytucji i wzmocnienie jej wiary. Podkreślano cudowną moc hostii, jeśli mogło to zapewnić zwiększenie atencji społeczności.
Podej ście, które reprezentował Kościół uczyniło zeń być może instytucję bardziej elastyczną niż ta, jaką miał być w założeniu. Działo się tak mimo faktu, że teologowie, historycy i socjologowie twierdzili, że postawa magiczna pasożytowała tylko na organizmie Katolicyzmu i mogła - bez naruszania podstaw wiary - być od niego odcięta. Rozdział taki możliwy był dla teologów, jednakże nie było to osiągalne dla zwykłych ludzi, dla których wiara w magiczną moc Kościoła była podstawą wiary chrześcijańskiej w ogóle.
Kościół reformowany wyeliminował ze swej doktryny większość magicznych rytuałów na kulcie świętych począwszy, przez cudowną moc wody święconej, a na egzorcyzmach kończąc. Pozbawiając kler ich szczególnych szat i zwalniając z obowiązku celibatu, zmniejszono ich mistyczną rolę. Kościół pozbawiony został tym samym swej broni do walki z magią i przesądami. Była to jednak zmiana stopniowa i w społeczeństwach średniowiecznych dopiero powoli zaczynała rysować się granica między magią a religią.
Cały czas jednak w przypadku choroby czy innej straty, ludzie zwracali się do czarowników, a nie do kleru. Była to reakcja laikatu na stanowisko Kościoła dotyczące tego, że w kwestii jakiejkolwiek straty (od pieniędzy do zdrowia i życia bliskich) lepiej było poświęcić dane dobro, niż odzyskać je za pomocą sztuczek diabelskich. Czarownicy ofiarowywali w takich przypadkach pewność (relatywną rzecz jasna) skutecznego działania, podczas gdy Kościół pozostawiał wszystko w rękach Boga i nakazywał cierpliwie oczekiwać na Jego wyroki. Dlatego magia cieszyła się cały czas niegasnącą popularnością.
Wysoce wątpliwym jest, czy oficjalna kampania jaką przeciwko magii podjął w średniowieczu Kościół, spowodowała zmniejszenie częstotliwości jej występowania. Zarówno przed, jak i po Reformacji sądy duchowne prześladowały czarownictwo, spychając je niejako do podziemia społecznego, co było w dalszych wiekach kontynuowane. Niemożliwym jawi się, by wyeliminowały one magię, jeśli popyt na nią cały czas w społeczeństwach istniał. Jeśliby więc wrogiem magii były tylko sądy kościelne, jej pozycja do dziś byłaby niezachwiana.